Trawienie Boga

Boże Ciało to święto fascynujące i zatrważające zarazem. Rytuał i folklor nie powinny nam tego przesłonić. „Jeśli nie będziecie jedli ciała Syna człowieczego i nie będziecie pili Jego krwi, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6, 53). Czy szokuje nas ta wypowiedź? Jeśli nie – znaczy, że oswoiliśmy się z przerażającym obrazem.

Nawet jeśli użyte w nim słowa mają sens symboliczny, to przecież jednak jest to metaforyka kanibalistyczna. Dlatego mowa Jezusa z Ewangelii Jana zgorszyła opisanych w tej opowieści słuchaczy. Dlatego słusznie te słowa szokują wielu współczesnych niechrześcijan. Powinny i nas przyprawiać o drżenie.

Jesteś tym
Jeśli bowiem ktoś zna dokładniej uzasadnienie rytualnego kanibalizmu praktykowanego w kulturach pierwotnych, może łatwo dostrzec wyraźne analogie ze słowami zapisanymi w Ewangelii. Jeśli zjadano ciało (najczęściej serce) zabitego wroga, to po to, by przejąć jego moc życiową. Także Jezus mówi o jedzeniu Jego ciała i piciu Jego krwi, jako o warunku posiadania w sobie życia. Religijne symbole przekazują transcendentną prawdę dzięki znaczeniu zawartemu w ich materialnym aspekcie.

W tym przypadku istotne jest, na czym polega proces jedzenia i picia. Posilając się, przyjmujemy w siebie składniki pokarmu i napoju. Owszem, w procesie trawienia zostają one przekształcone i zintegrowane z naszym organizmem: to, co spożywamy, staje się nami. Zachodzi też jednak proces odwrotny – od tego, jakie składniki odżywcze zawiera nasze pożywienie, zależy stan naszego organizmu. W pewnym sensie stajemy się tym, co jemy – zaś fakt, że pierwszy z powyższych procesów przeważa (to pożywienie bardziej staje się nami niż my pożywieniem), wynika – by tak rzec – z wyższego stopnia i siły organizacji naszego organizmu: on jest żywy, pożywienie – martwe.

Już jednak ojcowie Kościoła, choć nie znali dokładnie mechanizmów procesów trawiennych, wiedzieli, iż w przypadku spożywania Ciała i Krwi Baranka kierunek dominujących procesów jest odwrotny. Nie tyle my wchłaniamy Boski Pokarm i Napój, co On przekształca nas w Siebie. „Ja jestem życiem” (J 11,25), mówi bowiem o sobie Jezus na innym miejscu tejże Ewangelii. W porównaniu z Nim my jesteśmy martwi. Lecz spożywając Życie, zanurzamy się w Życiu i Życie w sobie mamy (por. J 6, 54.56).

Oddać życie – przyjąć życie
Chrześcijanie od początku widzieli w cytowanych tu słowach Jezusa odniesienie do sakramentalnej praktyki eucharystycznej. Rzeczywistość, o którą w nich chodzi, ma jednak szerszy zakres. Symboliczny rytuał jest bowiem niezbędny w religijnej formie życia, ale niestety ma to do siebie, że można zatrzymać się na nim samym. Na przykład utożsamić Eucharystię z jej liturgiczną celebracją w kościele. A przecież liturgia jest tu tylko niczym wierzchołek góry lodowej. Uważna lektura Ewangelii wskazuje, że jedzenie i picie Chrystusa jest rzeczywistością znacznie szerszą i głębszą niż tylko przyjmowanie Komunii.

„Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało dla życia świata” (J 6, 51c) – mówi Jezus. Oto ziarno, które umiera, by wydać plon (por. J 12, 23-25). Pokarm do zjedzenia; rzecz do zniszczenia w swojej oddzielnej postaci. Być pokarmem to nie zachować nic dla siebie, swoim życiem uczynić życie innych, życie całego świata. To uwolnić przepływ boskiego procesu, który przez brak przywiązania do „ja” wymyka się śmierci. To mieć w sobie Życie wieczne. Zatem zjeść taki pokarm, wypić taki napój, strawić je – to pozwolić, by zaczęły nas one przekształcać w siebie od samych naszych trzewi, by krążyły w naszych tętnicach, wytrawiając wszystko, co jest przeszkodą dla przepływu boskiej Krwi.

Jeść Ciało wydane dla życia świata, trawić je to samemu tracić granice pomiędzy moje – nie-moje, odwiązywać się od swego małego ego, przyjmować za swoje życie innych i świata, kochać (coraz bardziej) wszystko jak siebie. Paradoksalnie jednak to także posiadać życie w s o b i e: nie być zależnym od zewnętrznych okoliczności, nie czerpać poczucia wartości, siły, sensu i szczęścia ze źródeł poza sobą, lecz działać z głębin własnej spontaniczności. Jedzącym ciało Jezusa i pijącym Jego krew, tak jak Jemu – nikt i nic życia nie odbiera, oddają je sami, komu chcą, kogo kochają (por. J 10,18).

Zawsze i wszędzie
Jedzący „chleb z nieba” sami stają się ciałem i krwią Boga – miejscem rzeczywistej Jego obecności w świecie. Jeśli aby wyznać wiarę w Niego i sprawić, by był obecny poza przestrzenią kościoła, potrzebujemy specjalnej procesji, w której niesiemy po ulicach Chrystusa pod postacią chleba i śpiewamy pieśń: Zagrody nasze widzieć przychodzi… – to znaczy, że nasze chrześcijaństwo kuleje, że ponosimy porażkę, nie spełniamy swego powołania, nie wykorzystujemy daru. Gdybyśmy naprawdę spożyli – i strawili – ten Pokarm i Napój, żadna taka procesja nie byłaby w ogóle potrzebna; każdy nasz bieg do pracy, każdy powolny spacer, każde poranne przejście w piżamie z łóżka do łazienki byłyby dokładnie tym samym – Eucharystią.

Piotr Sikora


Polecamy:

                                             

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *