Liturgia, która wszystko zmienia

Liturgia uczy mnie, jaki mam być. Cały „system” znaków, gestów, postaw, modlitw, szat, przedmiotów w liturgii, to, co nazywamy jednym słowem „rytuał”, jest po to, abym mógł się stać na wzór Bożego Syna, według Jego zamysłu. To nie ja kształtuję liturgię według moich potrzeb, stanów emocjonalnych, wrażliwości czy preferencji, na przykład muzycznych czy artystycznych. Jest dokładnie odwrotnie. Przyjmuję liturgię taką, jaka jest i jaką daje mi Kościół w swoich księgach liturgicznych, bo to ona jest działaniem Bożego Syna i to ona mnie kształtuje na Jego wzór.

Spróbujmy zatem zobaczyć, kim jest człowiek ukształtowany przez sakramenty, a więc człowiek liturgiczny?

Duch ukierunkowania na Boga
Pierwszą fundamentalną cechą człowieka ukształtowanego przez liturgię jest jego zwrócenie ku Bogu, a więc zorientowanie całego jego życia na Boga. To cecha, która bardzo mocno wiąże się z dwiema kolejnymi: z autentyczną pokorą człowieka i postawą czci względem Boga. Tu chodzi o to, co tradycja duchowa nazywa słowem „nawrócenie” (gr. metanoia), a więc zmianą myślenia, postrzegania rzeczywistości i siebie, rozumieniem wszystkiego w perspektywie Boga. Tu chodzi o tę pierwszą decyzję przeżywania życia w obecności Boga, zwracania na Niego uwagi, uczynienia Go nie tylko ważną częścią życia, ale kimś najważniejszym, punktem odniesienia dla wszystkiego innego. Mam tu na myśli również pragnienie modlitwy, decyzję o „marnowaniu czasu” dla Niego, ukształtowanie niedzieli z Eucharystią jako punktem kluczowym tego dnia. Chodzi tu również o dostrzeganie Boga w codzienności, zwracanie uwagi na to, co z pozoru wydaje się zupełnie z Bogiem niezwiązane, takie „świeckie”, i dostrzeganie w tym przejawów Bożego działania. Nie jakoby wszystko było Bogiem, ale dlatego, że Bóg nad wszystkim panuje. Każda zwyczajna chwila, pozornie błahe wydarzenie, mało znaczące dobro, niewinna słabość, mogą stać się okazją do dziękczynienia, uwielbienia albo przeproszenia Boga.

Zwrócenie ku Bogu to pozwolenie Mu na to, aby był Bogiem w moim życiu. To może brzmieć dziwnie, ale w praktyce tak jest, że między radykalnym ateizmem, odrzucającym całkowicie istnienie Boga, a głęboką wiarą i ukierunkowaniem całego życia na Niego istnieje jeszcze wiele form pośrednich. Jedną z nich jest pozwolenie Bogu na panowanie nad całym wszechświatem, z wyjątkiem mojego własnego mikroświata albo z wyłączeniem tylko kilku obszarów mojego życia, w których wydaje mi się, że nie powinienem utracić pełnej kontroli, bo lepiej się na tym znam niż Bóg. Ukierunkować życie na Niego, to oddać Mu we władanie wszystko, pozwolić Bogu być Bogiem na pełny etat, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Papież Benedykt XVI wielokrotnie nazywał danie Bogu centralnego miejsca w naszym życiu radykalnym prymatem panowania Boga w świecie. To ukierunkowanie na Boga przejawia się również w zapatrzeniu w Niego i zasłuchaniu w Jego słowo. Życie Jezusa i Jego słowa stają się dla mnie jedynym wzorem i jedynym punktem odniesienia dla moich ideałów, marzeń, pragnień, myśli i czynów.

Nie porównuję się z innymi, pytając, czy dobrze wypadam w ich świetle albo co oni o mnie myślą, ale jedynym lustrem, w którym się przeglądam, jest Jezus. Pragnienie i konieczność naśladowania Go stanowi również najgłębszą motywację mojego chrześcijańskiego życia. Walczę o spełnianie przykazań nie tylko ze względu na dany mi nakaz, ale nade wszystko dlatego, że doskonale spełnia je Boży Syn jako człowiek.

Dlaczego nie wolno kłamać? Nie dlatego, że kłamstwo ma krótkie nogi i kiedy wyjdzie na jaw, to może być jeszcze gorzej, ale dlatego, że Jezus nigdy nie kłamał, że w Nim nie ma ani krzty nieprawdy, półprawdy, kombinatorstwa czy oszustwa. On nie tylko mówi prawdę, On jest Prawdą. Dlaczego mamy czcić rodziców? Nie tylko dlatego, że jak będziemy dla nich dobrzy, to możemy więcej zyskać, a kiedy o nich zadbamy na starość, to przepiszą nam w spadku mieszkanie, ani nawet nie dlatego, że po prostu wypada być wdzięcznym za otrzymane dobro, choć to już znacznie lepsza motywacja. Mamy czcić rodziców, bo Boski Syn swoich ziemskich rodziców otaczał miłością, szacunkiem i posłuszeństwem. Czcił swoją matkę, Maryję3, i swojego ziemskiego opiekuna i wychowawcę, Józefa. Dlaczego mamy przebaczać? Bo Boski Syn przebaczył z wysokości krzyża swoim oprawcom, a także przebaczył i nieustannie przebacza wszystkie moje grzechy. On też powiedział, żebym przebaczał nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze i bez dyskusji. Dlaczego mam przyjąć z cierpliwością, pokojem sercem i akceptacją cierpienie, które mnie dotyka? Nie dlatego, że ono samo w sobie jest dobre i ma wartość. To nie cierpienie uszlachetnia – jak pisał ks. Józef Tischner, ale miłość, która może się zrodzić przy doświadczeniu cierpienia. Przyjmuję to cierpienie, ponieważ Jezus Chrystus, jedyny sprawiedliwy i niewinny, nie uciekał od niego, ale przeszedł przez rozpalony piec krzyżowej męki, aby miłością, która w obfitości wylała się z Jego przebitego boku, obmyć moje grzechy, dokonać zadośćuczynienia i zbawić świat. Tak, i ja mam Go naśladować, wziąć swój krzyż, zaprzeć się samego siebie i przekształcać cierpienie w miłość, w modlitwę i ofiarę za innych i dla innych. I tak można by mówić o każdym z wymiarów ludzkiego życia.

Kiedy liturgia uczy nas takiej postawy? Można by powiedzieć, że cały czas. Praktycznie każdą celebrację liturgii zaczynamy i kończymy od znaku krzyża i słów, że czynimy to „w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. On fundamentalnie nas ukierunkowuje.

Tradycja chrześcijańska bardzo mocno zwracała ponadto uwagę na orientowanie kościoła, a więc zwrócenie ołtarza i tym samym wiernych w kierunku Wschodu. Człowiek zwrócony na Wschód tęskni za ogrodem Eden (ogród umieszczony na Wschodzie), z którego został wyrzucony z powodu grzechu. Własną decyzją odciął się on od drzewa życia, od boskiej krainy. Liturgia jednak znów zwraca go ku temu, co należy do Boga. Kształtuje w nim postawę tęsknoty za rajem, pragnienia boskiego życia.

Nowym drzewem życia, źródłem łaski i miłości, jest krzyż. To Chrystus ukrzyżowany jest prawdziwym rajem, On jest nowym Adamem, dlatego papież Benedykt XVI prosił i uczył, żeby umieścić na środku ołtarza krzyż, aby to on skupiał wzrok i wiernych i celebransa, żeby stał się punktem odniesienia, swoistym duchowym Wschodem, ku któremu wszyscy będziemy zwróceni. Jak mówi Zachariasz w swoim kantyku błogosławieństwa, Chrystus jest Słońcem Wschodzącym z wysoka (por. Łk 1,78), na którego ponowne przyjście czekamy i którego nieustanne przychodzenie w Eucharystii odkrywamy.

Ks. Krzysztof Porosło, Święta codzienność, Wydawnictwo WAM, Kraków 2018


Polecamy:

                

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *