Czy jezuici mają problem z modlitwą? Świadectwo

Powszechna opinia głosi, że księdzu, a zwłaszcza zakonnikowi, modlitwa przychodzi bez trudu. Jak bułka z masłem. Bo przecież to jego robota. Nie ma rodziny, dzieci mu nie płaczą i nie otwierają głodnych gębek, więc może sobie pozwolić na luksus spędzania dłuższego czasu na rozmowę z Bogiem.

Muszę podważyć ten naiwny stereotyp. Wcale nie jest tak, że modlitwa zależy tylko od okoliczności i pracy, którą się wykonuje. Nie zgodzę się z tym, że zakonnikowi łatwiej modlić się tylko dlatego, że rzekomo nie musi się martwić o sprawy materialne. Są księża i zakonnicy, którzy się nie modlą, choć czas mają. (Zresztą, któż go nie ma?) Można również spotkać wielu małżonków i rodziców, którzy się modlą, chociaż mają cały dom na głowie, nie mówiąc już o wychowaniu dzieci.

Owszem, może w niektórych zakonach kontemplacyjnych, gdzie panuje pewien ustalony porządek i wyznaczone pory na wspólną modlitwę, jest nieco łatwiej, bo zakonnik otrzymuje dodatkowy bodziec. Ale nawet wtedy może się zdarzyć, że mnich jest wprawdzie na modlitwie, ale się nie modli. Przeniósł się tylko ciałem do kaplicy, ale jego duch buja w obłokach. Może przyjść do kaplicy, żeby przeor za­uważył. No i żeby nie dostać po nosie.

Kiedyś przeczytałem historyjkę o buddyjskich mnichach z północnych Indii, do których zaglądnął amerykański reporter. Wchodząc do świątyni, zauważył mnichów siedzących w pozycji lotosu, z oczami zamkniętymi, w całkowitym unieruchomieniu i z pełną powagą. Zachwycony dziennikarz zwrócił się do przeora: „Niesamowite. Jak oni się modlą! I to skupienie!”. „Eee tam! – odpowiedział mistrz. – Daję głowę, że większość z nich myśli o tym, co będzie na obiad albo jaki materiał kupić sobie na uszycie nowego habitu”.

My, jezuici, nie mamy wspólnej modlitwy brewiarzowej, więc każdy musi sobie radzić, jak może. Podpórka w postaci dzwonka na jutrznię i nieszpory odpada. Święty Ignacy pozostawia trud szukania Boga w codzienności każdemu z osobna. I tutaj właśnie jest pies pogrzebany. Jeżeli zabraknie głębszej motywacji, także w zakonie łatwo ją zarzucić, nawet jeśli czas będzie przepływał zakonnikowi przez palce.

Jestem przekonany, że modlitwa nie zależy wyłącznie od ilości wolnego czasu, ale od priorytetów, jakie człowiek sobie w życiu wyznacza. Nie ukrywam, że dla mnie modlitwa jest nierzadko mozolną próbą uświadamiania sobie Bożej obecności. Przybiera różne formy: kontemplacji, rozważania Słowa Bożego, wdzięczności, innym razem milczenia, adoracji i prośby. Zwracam się również do świętych, którzy skorzy są do wielorakiej pomocy. I wiem, że warto na nich polegać.

Jako ksiądz doświadczam nie tylko własnej słabości, ale jestem konfrontowany z problemami i rozterkami innych ludzi. Co rusz ktoś mnie prosi, abym westchnął za nim przed Panem. A często nie pozostaje mi nic innego jak polecenie tego wszystkiego Bogu. Tylko tyle i aż tyle.

Po latach prób, eksperymentów i poszukiwań odkrywam, że w modlitwie nie chodzi o jednorazowe akty, lecz raczej o uczenie się pewnych trwałych postaw. W kazaniach i pobożnych tekstach często słyszymy, że modląc się, poświęcamy czas Bogu. Tak i nie. Rzeczywiście, jeszcze parę lat temu myślałem, że to ja tutaj wspaniałomyślnie wykrawam z dwudziestu czterech godzin kilka chwil, jakbym poza nimi wchodził w zupełnie inną rzeczywistość, w której Boga nie ma.

Teraz powoli wchodzi mi w krwiobieg przekonanie, że Bóg jest ciągle obecny, bez względu na to, czy się modlę, pracuję, czytam, odpoczywam, spotykam z ludźmi, a nawet kiedy grzeszę. Modlitwa nie jest już dla mnie jednym z segmentów ogromnej budowli życia, bo Bóg jest cały czas. Z drugiej strony, kiedy wygospodarowuję kilkadziesiąt minut dziennie na dłuższą modlitwę, bardziej otwieram się na przemieniające działanie Boga. I paradoksalnie przybywa mi czasu, chociaż każdego dnia mam go tyle samo. Ileż to rzeczy człowiek robi niepotrzebnie albo przed czymś ucieka, albo angażuje się w coś za bardzo. Na modlitwie widać to jak na dłoni.

Myślę, że poważna zmiana w moim podejściu do modlitwy zaszła wtedy, kiedy zacząłem inaczej postrzegać czas. Kiedyś wstrząsnęło mną zdanie przeczytane w pewnej książce, że nie jestem właścicielem czasu, tylko jego dysponentem. Codziennie otrzymuję darmowo pełne dwadzieścia cztery godziny, przeznaczone do twórczego wykorzystania, jak owe talenty z przypowieści. Próbuję zdawać sobie z tego sprawę szczególnie rano, po przebudzeniu. Bycie w czasie nie jest nagrodą, która mi się należy z racji wspaniałych osiągnięć.

Po drugie, zasadniczo w życiu liczy się teraz, bo jutro jeszcze nie istnieje. To tylko lęk każe mi zamartwiać się o dzień jutrzejszy. Niby prosta konstatacja, ale wcale nie taka oczywista. I jeszcze jedno. Pewnego razu podczas czytań Mszy świętej coś mnie wewnętrznie poraziło. Święty Jan Chrzciciel zapytany, kim jest, odparł bez ogródek: „Ja nie jestem Mesjaszem” (J 1,20). Zastosowałem to wyznanie do siebie. I od tamtej pory często je sobie powtarzam. Jakież to uzdrawiające zdanie! Wystarczy sobie przypomnieć i od razu człowiek spokojniejszy. I „ma” więcej czasu.

W uświadamianiu sobie Bożej obecności pomagają mi jeszcze dwa obrazy oparte na zwykłej obserwacji zewnętrznego świata. Pierwszy z nich to słońce, które świeci zawsze, chociaż nie widzimy go na niebie codziennie. (W Krakowie zdarza się to dosyć często.) Raz pada, innym razem jest mgła. A nawet w nocy słońce nie znika, chociaż wokół egipskie ciemności. Trudno wyobrazić sobie życie na ziemi bez słońca. Nie wiem, czy Pan Bóg nie stworzył go również po to, aby nam o sobie ciągle przypominać.

Druga „podpórka” motywacyjna to powietrze i oddychanie. Mówimy w języku polskim, że można kogoś potraktować jak powietrze, czyli tak jakby go nie było, jakby nosił czapkę niewidkę. Ale to paradoks, bo powietrze zawsze jest, tylko że się do tego faktu przyzwyczajamy. Wystarczy, że zabraknie nam na pół minuty tlenu, i już zaczynamy się dusić, wpadamy w panikę. Czasem sobie wyobrażam, że powietrze jest symbolem Bożej obecności, Ducha, nazwanego przez Jezusa wiatrem, powiewem, zefirem. Kiedy robię wdech, ciągle przyjmuję życie, boskie tchnienie, które przechodzi przez całe moje ciało i dociera aż do komórek. Odnawia mnie i krzepi. Kiedy robię wydech, powierzam siebie Bogu, który z kolei przyjmuje mnie takim, jakim jestem. I koło się zamyka. Modlitwa jest takim „powietrznym” dialogiem. Myślę, że Pan Bóg się cieszy, kiedy sobie tak przed Nim wdycham i wydycham.

Niektórzy przyznają się, że zaniedbują modlitwę z lenistwa: bo im się nie chce. Nie wiem, czy akurat w tym leży problem. Czasem pewnie tak. Ciągle powtarzam sobie i innym, że na ważne dla nas sprawy znajdujemy w życiu czas i energię. Zresztą, tego czasu, jak już wiemy, nie trzeba szukać. Czy modlitwa jest obowiązkiem? To trudne pytanie. Bo z pewnego punktu widzenia można o niej powiedzieć, że jest powinnością, tak jak oddychanie. Tyle że oddychać nikt nam nie każe, bo Bóg tak nas skonstruował, że wszystko robi się samo. A modlitwa to domena wolności. Tutaj przymusu nie ma.

Chociaż Bóg jest ciągle obecny, jak otaczające zewsząd i wypełniające nas powietrze, to jednak uważam, że jeśli chrześcijanin chce żyć świadomie, jeśli pragnie poszukiwać woli Bożej i ją wypełniać, musi zarezerwować sobie na modlitwę konkretny czas. Najpierw chociażby po to by zauważyć, że oddycha. To pierwszy krok. Zwykle znajdujemy mnóstwo usprawiedliwień, żeby ominąć tę świętą i dobroczynną praktykę. Jak osiągnąć równowagę między pracą, wypełnianiem koniecznych codziennych obowiązków, a modlitwą? Złotych recept nie ma i na pewno nie da się w tej kwestii „odważyć”, ile czasu poświęcić na modlitwę, a ile na pozostałe aktywności życiowe. Poza tym obraz wagi chyba nie najlepiej tu pasuje. Jedno nie ulega wątpliwości: najpierw trzeba zrozumieć sens modlitwy, a reszta będzie nam dodana.

Całkiem niedawno uderzył mnie fragment wiersza Leopolda Staffa, ze zbioru „Ucho igielne”:

Kto szuka Cię, już znalazł Ciebie;
Już Cię ma, komu Ciebie trzeba;
Kto tęskni w niebo Twe, jest w niebie;
Kto głodny go, je z Twego chleba.

To pocieszające. Tęsknota już jest modlitwą. Nawet jeśli zaplączę się w gąszczu codziennych obowiązków, a czasem i zagonienia, lecz zachowuję w sobie pragnienie modlitwy i zwracam myśl ku Bogu, choćby na krótką chwilę, to już jestem na dobrej drodze. Mnichem nie jest tylko ten, kto przesiaduje zamknięty w klasztorze i odprawia modły. Mnichem jest również ten, kto w danej chwili robi to, co do niego należy, i wie, że robi to w obecności Boga. Orygenes uczy, że „tylko ten się modli, kto modlitwę łączy z czynami, a czyny z modlitwą. Tylko w ten sposób możemy uznać za możliwą do urzeczywistnienia zasadę nieustannej modlitwy”.

Dariusz Piórkowski SJ


Polecamy:

                                        

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *