Kusiciel nie znosi modlitwy

Z niczym chyba nie mamy tylu trudności co z modlitwą. Potrafimy znaleźć znacznie więcej wyjaśnień, dlaczego się nie modlimy niż pozytywnej motywacji, by się modlić. Dlaczego tak się dzieje?

„Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać” (Łk 18, 1).
„Każdy modli się tak jak żyje, ponieważ każdy żyje tak, jak się modli” (KKK, 2725).

Nie pij z brudnej kałuży

Na drodze modlitwy pojawiają się różne trudności. Najczęściej brakuje nam czasu. Mówimy, że go „nie mamy”, jakby nagle gdzieś zniknął. Jeśli jednak już go znajdziemy (kocham ten eufemizm), jak skarb zakopany w ziemi, to często nagle nam się nie chce i chętnie zajęlibyśmy się czymś „bardziej” pożytecznym. A jeśli już nam się chce, to nie zawsze wiemy jak. Gdy jednak odkryjemy, w jaki sposób się modlić, to nagle zapominamy, po co. Gdy już wiemy, po co i wnet zabralibyśmy się do modlitwy, to nam się ni stąd, ni zowąd przypomina, że przecież zapomnieliśmy jeszcze coś ważnego zrobić. I nie jest to nawet jedna rzecz, ale setki. W dodatku niecierpiące zwłoki: niezapłacone rachunki, góra prania w koszu, telefon do mamy itd.

Odkładamy więc modlitwę na później. A gdy w końcu do niej przystępujemy… nie, nie, korowód trudności wcale się nie skończył. Najpierw nie możemy usiedzieć w miejscu, bo zaczyna nas korcić i swędzieć. Potem przychodzą nam do głowy najlepsze pomysły, plany na jutro, zagrzebujemy się też w nierozwiązanych konfliktach albo wspominamy wspaniałe wakacyjne podróże, przychodzi nam też ochota na pyszne ciastko, które wczoraj widzieliśmy w cukierni. A czas leci…I gdy już tak przepłynie nam przez głowę cały strumień rozproszeń, to zaczynamy ziewać i chce nam się spać. No i jak tu się modlić, skoro człowiek chce, a nie może – zastanawiamy się w duszy. I pytamy: właściwie to po co się modlić?

Dlaczego tak się dzieje? Katechizm Kościoła Katolickiego nazywa rzecz po imieniu: „Modlitwa jest walką. Przeciw komu? Przeciw nam samym i przeciw podstępom kusiciela, który robi wszystko, aby odwrócić człowieka od modlitwy i zjednoczenia z Bogiem. (KKK, 2725). Nie dziwmy się więc, że modlitwa bywa trudna. Szczególnie zastanawiające w tym trafnym spostrzeżeniu są słowa, że diabeł „robi wszystko”. To pojemny worek możliwości. Liczba zakusów, pozorów i wymówek jest niemal nieograniczona. Swoją drogą, szatan też ciężko pracuje, z pietyzmem i żelazną konsekwencją, by odnieść sukces. Bo porażka człowieka daje mu demoniczną radość. Ten spryciarz dobrze się orientuje, że prawdziwa modlitwa daje dostęp do bijącego, czystego Źródła. Gdy człowiek z niego zaczerpnie, w sercu zagości więcej pokoju, na co dzień łatwiej będzie czynić miłość, spadnie natężenie trosk i lęków. No ale nie łudźmy się, nie leży to w interesie kuszącego. On chce, by człowiek pił z brudnej kałuży, był odurzony i pozostał uwięziony w wirze chaotycznej codzienności.

Tylko św. Łukasz przytacza aż trzy przypowieści Jezusa o modlitwie. Dwie mówią o cierpliwości i wytrwałości: o natrętnym przyjacielu i namolnej wdowie, a jedna o pokorze: faryzeusz i celnik w świątyni. W dzisiejszej przypowieści Ewangelista podaje morał przypowieści już na samym początku, co jest pewnym wyjątkiem, zwykle robi to na końcu. Warto  wspomnieć o kontekście tej przypowieści. Wcześniej Jezus mówi o swoim powtórnym przyjściu. Ewangelia ta skierowana została do wspólnoty chrześcijan, którzy wprawdzie czekają na Pana, ale w tym czasie doświadczają prześladowań zarówno ze strony Rzymian jak i Żydów. Proszą więc o wybawienie, o sprawiedliwość, o obronę przed prześladowcami, a wydaje się, że wszystkie ich prośby odbijają się od nieba.

Czy ewangelista dobrze usłyszał, wstawiając nieopatrznie ten drażliwy przysłówek „zawsze”? Chyba nie. Bo św. Paweł też zachęca chrześcijan, i to w najstarszym liście Nowego Testamentu, abyśmy modlili się nieustannie ( Por. 1 Tes 5, 17). Ale zaraz, zaraz. Jak to, zawsze? Nie wszyscy żyjemy w klasztorze. Nie wszyscy jesteśmy mnichami, którzy o wyznaczonych porach zbierają się na modły. Rodzice mogą słusznie powiedzieć: my takiego luksusu nie mamy. Trzeba pracować, zarabiać, potem w domu dalej pracować, wychowywać dzieci. Przecież ciągła modlitwa jest niemożliwa. Jest w tym sporo racji. I rzeczywisty, a nie urojony, dylemat.

Jak walczyć?

Istotny jest cel modlitwy. Św. Łukasz określa go następująco: „aby nie ustali”. W tekście oryginalnym pojawia się słowo „egkakeo” – „nie poddać się złu, nie stać się złym, nie zniechęcać się, nie zrażać się trudnościami”. Nie chodzi tylko o to, byśmy nie porzucili modlitwy, ale by w ogóle w życiu nie przestało nam się chcieć dobra. Ewangelista wzmacnia tę zachętę greckim wyrażeniem „pros to dein”, które wyraża konieczność. By nie ulec złu, konieczne jest, aby się modlić, tak jak konieczne jest jedzenie i picie, by przeżyć. Modlitwa nie może więc zależeć od naszej spontanicznej potrzeby, lecz jest obowiązkiem, powinnością. Właśnie z tych powodów, że modlitwa jest dla nas dobroczynna i konieczna, podlegamy kuszeniu, by się nie modlić.

Wiele zależy od tego, jak rozumiemy ciągłość modlitwy. To nie lenistwo, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że nie może chodzić o przesiadywanie na modlitwie 24 godziny na dobę. Zresztą, potwierdza to poniekąd przypowieść o wdowie, która nie zamieszkała w domu sędziego, lecz przychodziła do niego co pewien czas. Kluczowa w modlitwie jest wytrwałość, cierpliwość i jej powtarzalność.

Katechizm uczy, że nasza modlitwa zależy od codziennego życia, ale też jakość codziennego życia od modlitwy. Nie da się odseparować tych dwóch rzeczywistości od siebie. One się przenikają. Kto chce się rzeczywiście modlić, musi poczynić zmiany zarówno w codzienności jak i w sposobie, miejscu i czasie modlitwy.

„Najpierw obowiązek, potem przyjemność” – powtarzamy nieraz, wyrażając, że tego, co musimy, nie wykonujemy w podskokach. Nasze polskie słowo „obowiązek” wskazuje na obustronne związanie. Jestem za kogoś odpowiedzialny. Jestem coś winien temu drugiemu, bo wcześniej się zobowiązałem, coś obiecałem. Mąż – żonie. Rodzice – dzieciom.

Pracownik-pracodawcy. I na odwrót. Czy matka lub ojciec może sobie postanowić, że tylko dzisiaj będzie kochać, czyli karmić, gotować, pomagać dziecku rozwiązywać zadania, ale od jutra zrobi sobie tygodniowy urlop? To relacja z dziećmi i odpowiedzialność nakłada na rodziców obowiązki do wykonania nie od wielkiego dzwonu, ale codziennie. Zbyt długo nie da się ich wykonywać z musu, jeśli człowiek nie kocha, a to z kolei nie zawsze pociąga za sobą przyjemność. Nigdy nie postąpimy w życiu duchowym, jeśli nie zrozumiemy, że modlitwa jest podobnym obowiązkiem.

Co więc począć z nierzadko trapiącym nas rozdarciem między obowiązkiem ciągłej modlitwy, a tym, że nawet ze słusznych powodów, czyli obowiązków, choroby albo zmęczenia, nie mamy na nią czasu lub siły?

Parę ciekawych sugestii podpowiadają nam święci. W swoim „Dzienniczku”  św. Faustyna Kowalska, czując już na sobie ciężar choroby, pisze takie słowa: „Dziś jestem bardzo słaba, nie mogę nawet medytacji odprawić w kaplicy, ale muszę się położyć. O mój Jezu, kocham Cię i pragnę Cię wielbić słabością moją, poddając się zupełnie Twojej świętej woli (782)”.

Czy święta „odpuszczając” sobie medytację, zarzuciła modlitwę? Formalnie pewnie tak, w rzeczywistości nie. Faustyna ofiarowała swoją chorobę, słabość Jezusowi, zwróciła się do Niego, wzbudziła takie pragnienie, chcąc Go chwalić w tym, co przeżywała i robiła. I nawet jeśli później zasnęła, to ten czas i stan był modlitwą nieustanną.

Pisał o tym już św. Augustyn w liście do Proby. Według niego, „istotą modlitwy jest pragnienie Boga i życia wiecznego”. Jeśli nasze usta wymawiają tysiące słów i spędzamy wiele czasu na modlitwie, a nie ma w nas pragnienia Boga, to sercem jesteśmy daleko od Niego. Modlimy się pozornie.

Jak często na co dzień tak myślimy? Czy pragnienie Boga nie wydaje nam się zbyt wzniosłe? Pragniemy wielu rzeczy materialnych i niematerialnych. I próbujemy je zdobyć.

Inaczej byśmy już nie żyli. Ale pod tym wszystkim kryje się jedno wielkie pragnienie, takie podłoże, którego nie widzimy, nie dostrzegamy zmysłami. Pragnienie Boga, jak zaznacza o. Cantalamessa, jest „dziełem pamięci”. Nie objawia się w nas tak jak głód, łaknienie czy nawet jako pragnienie bliskości drugiego człowieka. To nie to samo. Ale może ono także w nas pracować, pozostać nawet wtedy, gdy zajęci jesteśmy codziennymi zajęciami. Nie musimy ciągle „odczuwać” pragnienia Boga. To na tym świecie niemożliwe.

Nieustanna modlitwa – czy to możliwe?

„Jeśli więc nieustannie pragniemy życia wiecznego, które pochodzi od Boga, wówczas nie przestajemy się modlić. Niemniej jednak w oznaczonych godzinach odrywamy umysł od wielu trosk i zajęć, pośród których jakby stygnie święte pragnienie, i oddajemy się modlitwie” – kontynuuje św. Augustyn. I znowu nie chodzi o to, aby ciągle myśleć o Bogu.

„Nieustannie” oznacza, np. uświadomienie sobie po przebudzeniu tego, o czym śpiewamy w znanej „Pieśni porannej” autorstwa Franciszka Karpińskiego: „Ledwie oczy przetrzeć zdołam, wnet do mego Pana wołam, do mego Boga na niebie i szukam Go wkoło siebie”. To fantastyczna zachęta. „Szukać Boga koło siebie” – Boga bliskiego, a nie dalekiego. Zdawać sobie sprawę, że Pan jest obok mnie, że dla Niego wstałem, żyję i trudzę się.

Dlaczego nie dostrzegamy pragnienia Boga? Bo się nie modlimy regularnie, a nie modlimy się regularnie, bo nie pragniemy Boga. Można ten zaklęty krąg przerwać. Jak? Po prostu trzeba zacząć się modlić regularnie, ale nie w oderwaniu od codziennych zajęć albo przeciwstawiając Boga ludziom. Decydująca nie jest długość, ale pragnienie modlitwy i jej regularność. Jeśli rodzic świadomie ofiaruje cały swój dzień pracy czy zajmowania się dziećmi na chwałę Boga, jako uwielbienie, to będzie to modlitwa. Ale powinien też znaleźć dłuższe chwile w ciągu dnia (jeśli to możliwe) lub tygodnia na rozpalanie pragnienia, podsycanie ognia w sercu. Taką okazją jest też niedzielna lub codzienna Eucharystia.

Czasem pewną przeszkodą w praktyce modlitwy, prowadzącą do jej poniechania, może być niewłaściwa forma, nieadekwatna do naszych możliwości, wrażliwości, wieku, etapu na drodze wiary. Może trzeba poszukać innej metody.

Co to znaczy zachować wiarę? Pragnąć Boga, modlić się i nie poddać się zniechęceniu w obliczu trudności i dotykającego nas zła. Innymi słowy, nigdy nie będziemy żyli w komfortowych warunków, zawsze trzeba będzie coś wybierać i z czegoś rezygnować, ale modlitwa da nam siłę, by cierpliwie znosić to, co nam nie pasuje. Kusiciel o tym wie. Dlatego nie śpi.

Dariusz Piórkowski SJ

Tekst ukazał się pierwotnie na Deon.pl


Polecamy:

74752     z_76325     74092     moc_modlitwy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *